Link 02.03.2008 :: 20:56 Komentuj (0)


A to mój fortepian - Steinway & Sons



Link 02.03.2008 :: 20:58 Komentuj (4)


Właśnie wróciłam ze swojego mieszkania, które kupiłam w Warszawie. Tak wygląda:


Link 02.03.2008 :: 21:00 Komentuj (3)



Link 07.03.2008 :: 15:47 Komentuj (0)


Nadwiślańskie impresje. I niech ktoś powie, że Kraków niefajny..:)


Link 07.03.2008 :: 15:49 Komentuj (0)


Przechadzki z TVP Kraków ;p


Link 07.03.2008 :: 16:01 Komentuj (1)



Link 07.03.2008 :: 21:52 Komentuj (2)

Zdjęć nie będzie, to wrzucam małą relację.






Hiszpania.
W zasadzie nigdy nie planowałam podróży w to miejsce. Masa turystów
pstrykających zdjęcia wszystkiemu co się napatoczy, plaża, morze, nic
więcej...takie były moje wyobrażenia. W dniu kiedy usłyszałam od kolegi :
jedziemy do Hiszpanii , jedziesz z nami? 
- pomyślałam - hm, dlaczego Hiszpania? Po krótkim namyśle postanowiłam
to sprawdzić. W ciągu 2 dni kupiłam bilety lotnicze, a w ciągu 2 miesięcy
znalazłam się w Hiszpanii.

9 marca.
Po uprzednim poinformowaniu rodziców o wyjeździe oraz 'uregulowaniu' spraw
studenckich znalazłam się na lotnisku we Wrocławiu. Ekipa licząca 5 osób,
bagaże ograniczone do minimum, paszporty w rękach, banany na ustach. Tak,
wszystko jest, czyli możemy lecieć. Po dwugodzinnym locie znaleźliśmy się w
Gironie - miasteczku położonym jakieś 100 km od Barcelony. Ja, nastawiona na
temperatury hiszpańskie - w koszulce z krótkim rękawkiem przypominającej nieco
sukienkę. Lądujemy. A tu zonk. Znaczy deszcz. 15 stopni, ulewa , zimno i
ciemno. Po uprzedniej analizie sytuacji stwierdziliśmy, że idziemy do knajpy.
Pierwszej, pobliskiej. Byle zadaszonej. Udało się - znaleźliśmy. Otoczona
szybami z napisem Heineken i masą dymu tytoniowego w środku. Wchodzimy.  W jednym kącie Hiszpanie grający w karty, w
drugim zaś Ci, którzy lubują się w opowiadaniu kawałów.  Przy barze kilku podchmielonych panów,
uśmiechających się do ciebie - powiedzmy - spod lekko przepitego oka. Za
szybami deszcz, w tle usypiająca muzyczka. Atmosfera przednia. Po kilku
sekundach  stwierdziliśmy - zostajemy.
Rozsiedliśmy się wygodnie w wiklinowych fotelach i kolejny zonk. Znaczy
zaskoczenie. Ja do pana po angielsku a on do mnie po hiszpańsku. W tym oto momencie  wszystko stało się jasne. Nawet bardziej niż
słońce.  Hiszpania, więc hiszpański
kobieto..Gdyby nie kolega Michał, który na szczęście znał hiszpański, pewnie
siedziałabym w knajpie patrząc w sufit albo co lepsze - wertując rozmówki
kartka po kartce szukając zdania : "dzień dobry, czy można prosić
menu?"... Po mile spędzonym czasie wśród hiszpańskiej śmietanki
menelskiej, stwierdziliśmy, że wyprawę czas zacząć. Tak więc udaliśmy się na
dworzec, kupiliśmy bilety hiszpańskich linii kolejowych Renfe i nocnym
pociągiem, nie chwaląc się - z wagonem sypialnym - udaliśmy się do stolicy. Rano,
budząc się, a potem  myjąc się w
pociągowym kiblu, naszym oczom ukazał się Madryt. Miasto, które na pierwszy
rzut oka wydawało się po prostu..nudne, po wejściu do jego centrum  okazało się bardzo interesujące. Ulice
tętniące życiem, ludzie różnych narodowości o różnych kolorach skóry, handel
uliczny  jednocześnie z masą
ekskluzywnych, firmowych sklepów, zakorkowane ulice, autobusy, metro, busy
turystyczno-wycieczkowe, w powietrzu zapach smażonego popcornu, a nad głową
piękne, niebieskie niebo owite słońcem, w którego blask wtapiały się
palmy..Wędrując, nie sposób ominąć takich rzeczy jak muzeum del Prado, stadion
Realu Madryt, na który koniecznie trzeba wykupić sobie wstęp, arena Las Ventas
czy Pałac Królewski. Po całodziennej wędrówce i zwiedzaniu stolicy, udaliśmy
się na nocny pokaz flamenco. Ba, nie sposób tego ominąć, będąc w Hiszpanii. A
że pieniądze jeszcze mieliśmy, płacąc 35 euro udaliśmy się do ekskluzywnej
restauracji, w której w cenie biletu, oczywiście oprócz pokazu flamenco,
dostaliśmy whisky lub wino do wyboru. Wcześniej, postanowiłyśmy z dziewczynami,
że ubierzemy się ładnie i umalujemy, co w przypadku owej restauracji okazało
się strzałem w dziesiątkę. Wybiła godzina 23 i na scenie ukazało się dwóch
Hiszpanów z gitarami. Za nimi kobiety wyklaskujące rytm flamenco, mężczyźni
śpiewający , a w zasadzie zaciągający, jakieś oryginalne łuki melodyczne, a po
kilku minutach tancerki w pięknych, falbanowych sukniach. Na sali cisza.  Ja, siedząc w zasadzie na środku sali,
doglądam wirujących sukni, nasłuchuję dialogu gitar oraz śpiewu, a po chwili
moja stopa zaczyna wystukiwać rytmy flamenco. Po kilkunastu minutach można
powiedzieć - znalazłam się w wirze. Wirze flamenco. I tak do 3 nad ranem.
Wirując w impulsywnym rytmie, pełnym wstrzymań i napięć, po drodze znajdując
chwilę wytchnienia w robieniu zdjęć. Przeżycia pierwsza klasa. Jak wtedy, kiedy
pierwszy raz spróbowałam lodów cynamonowych. Albo jak wtedy, kiedy pierwszy raz
zagrałam na organkach ‘Sto lat’ w dniu matki w przedszkolu. Nieważne. Albo i
ważne. Nie wiem. Po powrocie z owego pokazu noc spędziliśmy na dworcu. Tak
właśnie. Z ekskluzywnej restauracji wróciliśmy na dworzec. Bo po co kupować
nocleg w hostelu na pięć godzin?..Tak więc po nieprzespanej nocy na dworcu z
przyczyn nieprzewidzianych - co chwilę nas budzono, bo jak się okazało na
dworcu spać nie wolno - udaliśmy się rankiem do pięknego parku Retiro. Pogoda
hiszpańska, po wejściu do parku zostaliśmy oczarowani tamtejszą atmosferą.
Mnóstwo zieleni, piękne deptaki, w powietrzu zapach rozkwitających kwiatów, w
pobliżu jeziorko, po którym pływały łódki wynajęte przez turystów, na głównym
deptaku muzyk wygrywający piękne melodie na saksofonie...Żyć nie umierać.
Postanowiliśmy rozłożyć sobie kocyk na pobliskim trawniku i trochę odpocząć. W
błogiej atmosferze, oczarowani magią muzyki i zapachu unoszącego się w
powietrzu, z widokiem na lazurowe niebo i palmy, zasnęliśmy. Kiedy poczuliśmy
lekki chłód i słońce zaczęło powoli zachodzić, stwierdziliśmy, że czas iść. I w
tym właśnie momencie poznaliśmy Madryt od tej najgorszej strony. Obudziliśmy
się bez plecaków i co najgorsze - bez aparatu. Ja w amoku, po stracie swojego
Nikona i nowego obiektywu, w płaczu i rozpaczy, szłam wcześniej opisanym,
pięknym deptakiem w tempie, w jakim nigdy nie zdarzyło mi się iść, a owy deptak
nie był już tak piękny i kolorowy, a wręcz przeciwnie - przeszył mnie
niezidentyfikowanym strachem, stał się moją drogą krzyżową...To co działo się
później, to zlepek szybkich wydarzeń, w wozie policyjnym, na komisariacie i w
konsulacie. W tym ostatnim nie załatwiliśmy nic tego samego dnia, musieliśmy
czekać do dnia następnego, kiedy to konsulat będzie otwarty. Wybłaganie pana
konsula o wejście bez kolejki, potem o wydanie paszportu tego samego dnia, a
następnie o zniżkę studencką za wyrobienie owego dokumentu...Jednak człowiek
jest w stanie dużo znieść. Jedyną zabawną sytuacją w całej tej aferze było
wyrobienie zdjęcia do nowego paszportu, kiedy to pan z biura wziął dziwną
maszynę do ręki, rozkazał, żebym stanęła pod ścianą konsulatu i nie zważając na
to, że słońce świeciło mi prosto w oczy a moje włosy były lekko rozwiane,
(pomijając fakt tego, że byłam spalona od słońca) wycelował we mnie. Jedno
wielkie ‘pstryk’  i zdjęcie gotowe. Kiedy
dostałam paszport do ręki i zobaczyłam swoje zdjęcie to... się wystraszyłam.
Oceniając całą sytuację z perspektywy czasu - zachowaliśmy się jak pięcioletnie
dzieci zostawiając bagaże i zasypiając, mocne i bolesne doświadczenie, niemniej
ktoś kiedyś powiedział, że życie jest jak książka, a kto nie podróżuje czyta
tylko jedną stronę...Po tych traumatycznych przeżyciach ku swojemu zdziwieniu (
aparat była to rzecz, na którą wydawałam wszystkie swoje oszczędności, a żeby
go kupić pojechałam zarobić pieniądze do Norwegii) w miarę szybko doszłam do
siebie i byłam gotowa, żeby jechać dalej. Z nowym paszportem i zaświadczeniem z
policji, które na szczęście było respektowane przy chęci korzystania ze zniżek,
kupiliśmy nocny bilet autobusowy na południe, do Sewilli - stolicy Andaluzji.
Po drodze nie mogło zabraknąć oczywiście przygód i skończyło się na tym, że
byliśmy zmuszeni się rozdzielić. Ja zostałam z Michałem w Madrycie,
przekładając bilet do Sewilli na dzień następny , Grześ, Ania i Marta
pojechali. Na szczęście mały problem szybko i szczęśliwie się skończył, więc
spokojnie mogliśmy dołączyć do naszych znajomych dnia następnego. Przekonana,
że jadąc nocnym autobusem w tak daleką trasę jaką była Madryt-Sewilla, wyśpię
się - byłam w błędzie. Autobus pędził z prędkością 130 km/h, w środku było
straszliwie gorąco, a droga była kręta. Pod koniec miałam już odruch wymiotny.
Na szczęście nic nie zwróciłam. Zresztą i tak nie było czego - chleb tostowy
plus ser od kilku dni wpływały niespodziewanie dobrze na mój układ pokarmowy.
Po dotarciu do Sewilli, ulżyło mi. Tak po prostu. Po pierwsze radość, że udało
się wreszcie wyjechać z tego pechowego miasta jakim okazał się Madryt, a po
drugie widok pomarańczy na drzewie wprowadzał w egzotyczny klimat i wywoływał
uśmiech. Sewilla okazała się miastem, które nie nazwałabym miastem.. Zupełnie
różne od Madrytu. Piękniejsze. Bardziej po "mojemu". Kamieniste,
wąskie uliczki, ludzie żyjący wolniej, bez pośpiechu. Nawet młodzież z pozoru
wydawała się mądrzejsza.(!) Przechadzając się po tym magicznym miasteczku,
zwiedzając co nieco,  wieczorem,
trafiliśmy na drogę krzyżową. Kapłan, orkiestra przygrywająca melodie w skalach
kościelnych, chłopcy ubrani w czarne szaty w kapturach, z wyciętymi dziurami
tylko na oczy, niczym z jakiegoś klanu, niosący świece. Za nimi mężczyźni z
krzyżem Jezusa..jeszcze za nimi ludzie. Tak więc i my wmieszaliśmy się w tłum,
podążając za Hiszpanami. Zaskoczeniem było dla mnie zachowanie ludzi w
Kościele. Niczym w knajpie. Ludzie wchodzą, wychodzą, witają sie, całują,
obściskują, pogawędki, śmiechy, chichy...Hm. Tak właśnie, 'hm' to jedyne słowo,
które przyszło mi wtedy na myśl. Zignorowałam ich zachowanie. Postanowiłam być
sobą.  Noc spędziliśmy w hostelu w
centrum Sewilli, płacąc 15 euro od osoby, wbijając się w pięć osób do pokoju przeznaczonego
tylko na dwie. Niemniej było ciepło, był prysznic, a i miejsca nie było tak
mało. Po pobycie w Sewilli pojechaliśmy do Malagi, z zamiarami spędzenia
jednego dnia na plaży. Tak też się stało. Po znalezieniu odpowiedniego miejsca,
rozłożyliśmy swoje ręczniczki. Mimo chłodnego wiatru, chłopcy wskoczyli do
morza. My z dziewczynami wolałyśmy siedzieć na brzegu i podziwiać, jak Grześ i
Michał trzęsą się z zimna, twardo krzycząc, że jest naprawdę ciepło. Potem
zakopaliśmy Michała w piasku dla zabicia nudy, którą przeżywaliśmy w roli
plażowiczów. Pod koniec dnia, poszliśmy do plażowej knajpy, aby popróbować
hiszpańskich tapas. Każda tapas, czyli przystawka,  w cenie 2 euro. Niedużo. Postanowiłam wybrać
krewetki i małże. Niezłe. Naprawdę. Choć chłopcy stwierdzili, że wolą kotlety.Objedzeni,
poszliśmy późnym wieczorem na jakiś szczyt ogrodzony murami, z którego
rozpościerał się widok na całą Malagę. Bajka. Po krótkiej zadumie,
stwierdziliśmy, że czas pomyśleć gdzie śpimy. Decyzja była szybka - rozbijamy namiot
na plaży. Tak też się stało. Szukając odpowiedniego miejsca na rozbicie naszego
namiotu, natrafiliśmy na wioskę rybacką. Kutry, łódki, namioty, stoliki z
nieuprzątniętym jedzeniem, a nawet kuchenka gazowa. I do tego szum fal.
Zauroczeni miejscem, znaleźliśmy kawałek fajnego piasku obok skał i tam też
rozbiliśmy namiot. Dwuosobowy. Nas pięciu. Hm..Spaliśmy ściśnięci jak sardynki
w puszce. Niemniej jak się okazało - dzięki temu nie zmarzliśmy. No może
oprócz Grzesia, który znajdował się od nawietrznej strony. Po kilku
historyjkach o nożownikach i rozważaniu o tym, kto śpi w najbardziej
niebezpiecznym miejscu namiotu (padło na mnie), zasnęliśmy. Obudziły nas
stukoty łódek - tak, to rybacy wypływali wczesnym rankiem na morze. Po szybkim
umyciu twarzy w słonej wodzie, złożeniu namiotu - ruszyliśmy dalej. Tym razem naszym
celem stała sie Granada. W pełni zgadzam się z hiszpańskim powiedzeniem -
„Quien no ha visto Granada, no ha visto nada” (Kto nie widział Granady, nic nie
widział) . Ta, położona u stóp gór Sierra Nevada, pokrytych wiecznie śniegiem,
stała się jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie można zobaczyć w Hiszpanii.
Na granadyjskiej Costa Tropical (Wybrzeże Tropikalne), części wybrzeża Morza
Śródziemnego, uprawia się avocado i chirimoyę (coś w rodzaju jabłka o wyglądzie
zielonego ananasa). Obraz Granady, jaki został w mojej głowie, to Rastafarianie
palący trawę na kamienistych uliczkach, grający na bębenkach, białe, krzywe i
malutkie domki, wąskie uliczki, dzieci biegające i bawiące się w rytm muzyki
reggae, poniewierające się szczątki zwierząt gdzieś w zakamarkach ulic, w końcu
-  mnóstwo budek z wyrobami ręcznymi,
ubraniami, torebkami, Turcy uśmiechający się zza drzwi swojego straganu, Rasta
sprzedający wizerunki Marley'a, no i ludzie. Dużo ludzi. Tłumy ludzi.
Zmierzających ku górze - w stronę Alhambry. Niestety na pobyt w Granadzie
mieliśmy przeznaczony tylko jeden dzień. A szkoda, wielka szkoda..Siedząc na
szczycie jakiejś góry, na terenie cmentarza, w grobowej ciszy,  gdzie rozpościerał się widok na obłożone
kwiatami tabliczki, za którymi znajdywały sie urny zmarłych, a jednocześnie
przepiękny widok na ośnieżone góry, stwierdziłam, że jeszcze tu wrócę.
Koniecznie. Cały nasz pośpiech w Granadzie miał wytłumaczenie w jednym - finał
festiwalu Las Fallas w Walencji.. Nie mogliśmy tego opuścić. Tak więc znów
nocnym pociągiem udaliśmy się do Walencji. Zanim jednak cokolwiek zamierzaliśmy
tam zobaczyć, postanowiliśmy, że idziemy na..basen. Tak, na basen. O szóstej
rano. Wytłumaczenie było jedno - nie myliśmy sie od kilku dni, a jak wiadomo
prysznice na basenie - ogólnodostępne. Odświeżeni i zrelaksowani ruszyliśmy na
miasto. Las Fallas to festiwal ognia, pokazów pirotechnicznych, tańca,
sztuki..Papierowe kilku a nawet kilkunastometrowe figurki, wykonane przez zawodowych
artystów, rozmieszczone po całym mieście, robiły wrażenie. Pokazy ogni
sztucznych o pierwszej w nocy każdego dnia, parady kobiet, mężczyzn, dzieci w
strojach swojej dzielnicy, turystyczny przepych i mnóstwo atrakcji w owym
czasie to było to, na co czekaliśmy. Nie zawiedliśmy się. Stwierdziliśmy, że
zostaniemy w Walencji trochę dłużej. Noclegi załatwiliśmy poprzez internet,
dzięki hospitality club i człowiekowi o imieniu Juanjo (czyt. huanho), w
zasadzie darmowy pobyt na czas całego festiwalu, z ludźmi z całego świata.
Spaliśmy w starej szkole, na karimatach, pod śpiworami. Klimat przedni. Ksiądz
zaopatrzył nas w dobrą muzykę, chłopcy w Granadzie kupili fajki wodne i w ten
sposób integrowaliśmy się z ludźmi głownie z Estonii, Peru, Niemiec i Austrii.
Mieliśmy nawet dostęp do kuchni - starej, bo starej, zaniedbanej, ale ważne, że
wodę dało się ugotować. Chłopcy znaleźli gdzieś w zakamarkach skrzynkę z
alkoholem, jak się okazało - dość ekskluzywnym. Znajdowało się tam między
innymi dziesięcioletnie wino hiszpańskie i kilka innych, dobrych ponoć trunków.
Oczywiście nie pogardzili zdobyczą. Z tej oto przyczyny Michał spędził wieczór
śpiąc na brudnej kanapie w kuchni, a noc w pobliskim barze razem z Juanjo,
który ‘na bani’ dowoził kolejnych turystów na nocleg..Reszta spędziła noc
razem. Hiszpania jak Hiszpania, słynie również z Corridy. Zawiedzeni tym, że
Corrida odbywała się tylko w niedzielę Wielkanocną, pogodziliśmy się z faktem ,
że nie zdążymy jej zobaczyć..Ni stąd ni zowąd okazuje się, że na czas festiwalu
Las Fallas Corrida odbywa się codziennie. Jakież było nasze szczęście, kiedy to
zobaczyliśmy plakaty reklamujące występy mattadorów. Postanowiliśmy zorientować
się, ile kosztują bilety i pójść na występ dnia następnego.  I tu kolejny zonk. Biletów już dawno nie ma.
Zawiedzeni, obejrzeliśmy tylko arenę, gdzie odbywa się Corrida i poszliśmy w
stronę miasta. Nagle podbiega do nas pan wyglądający co najmniej na żula
hiszpańskiego albo średniej klasy obywatela Rumunii i proponuje nam bilety na jutrzejszy
występ mattadorów..Co za szczęście. Jak się okazało, był to tzw. ‘konik’,
człowiek, który wcześniej kupuje bilety, a potem sprzedaje je takim jak my po
wyższej cenie. Jasne-bierzemy! Zonk. Cena 30 euro od osoby. Miejsca w słońcu,
choć bliżej przodu niż końca. A że z kasą było krucho,nie wszyscy się
zdecydowali. Ostatecznie bilety kupiłam ja i Michał. Dnia następnego o godzinie
11.30, zasiadamy z Michałem na widowi. W dole rozciąga się arena z  pięknie zagrabionym piaskiem pod występ byka,
z boków miejsca doszczętnie zapełnione ludźmi, z góry słońce świecące prosto w
twarz.. Zaciekawiona, z niecierpliwością czekam aż w końcu występ się zacznie.
Jest. Wpierw na arenie ukazują się panowie na pięknych, lśniących i
przyozdobionych koniach, pokazując ich możliwości – ukłony, podskoki,
obroty..Następnie na scenę wchodzą panowie z różowymi płachtami, od razu
chowając się w swoich skrytkach umieszczonych w czterech miejscach po bokach
areny. Trwało to może z piętnaście minut. Wtem nastała cisza. Nagle z boku
orkiestra dostojnie zadęła w trąby, a bramka numer jeden otwarła się. Chwila
dezorientacji. I jest. Wybiegł. Duży, mięsisty, z ogromnymi rogami, z
nieposkromioną energią  i wolą walki byk.
Wprost na pana na koniu. I zaczęło się. Kiedy byk biegnie za koniem, ten broni
się uciekając , a kiedy jest już za blisko zostaje uderzony przez mattadora
czymś podobnym do włóczni w kark..Coś okropnego. Nie mogłam patrzyć.. Kiedy
dostaje już kilka strzałów i brak mu sił, aby walczyć dalej, a co za tym idzie
– widowisko jest mniejsze, wtedy do akcji wkraczają panowie z płachtami.
Ogłupiają byka, wymachując kawałkiem szmaty na wszystkie strony, po czym główny
mattador wbija mu  ogromne ostrze do
głowy.. mąci tym ostrzem na wszystkie strony w środku głowy biednego byka, a
krew pryska we wszystkie strony. Trwa to około dziesięciu minut, po czym byk
pada. Mattador odcina mu ucho i jako zwycięzca wychodzi na środek, a biedny byk
zostaje usunięty z areny zaprzęgiem koni. Okrzyki, oklaski, radość, ludzie
rzucający kwiaty na arenę. Ja siedzę i własnym oczom nie wierzę. Żal mi byka.
To straszne. Najgorszy jednak jest widok ludzi, wymachujących chusteczkami,
bijących brawo na stojąco, cieszących się..Zaczęłam się zastanawiać siedząc tak
między tłumem, który stał, czy to naprawdę takie zabawne? Czy można się cieszyć
z tego, że śmierć poniósł biedny, niewinny byk, który i tak na wstępie jest już
przegrany? Nareszcie koniec. Na pokazie, którym byliśmy, zamordowano sześc byków.
Wieczorem zamordują kolejnych sześć.. A ludzie będą się cieszyć i klaskać.. I
kij im w oko.W końcu
nadszedł czas, kiedy to miał się odbyć finał festiwalu Las Fallas. Ludzie
tańczący na ulicach, konkursy na najsmaczniejsze danie danego regionu Walencji.
I sami wblilśmy się, żeby popróbować różnych smakołyków Hiszpańskich, pytając,
czy aby na pewno możemy. Jasne! Dostaliśmy na początek jakąś kałamarnicę w ryżu,
potem duże kawały kurczaka w jakimś sosie z bazylią. I karnety od pewnego
sympatycznego pana  na darmowe whisky,
wino, piwo i colę. I darmowe ciasto. I muzykę, Zabawa do nocy. Wracamy
wykończeni, a tu dzieciaki jeszcze po ulicach petardy puszczają. Szczyle pięcio
może sześcioletnie. Z rodzicami czy bez – nieważne, i tak nikt o to nie dba. I
tak biegają już od czterech dni. A odgłos petard przyprawia ich o agresję. Dnia
następnego wieczorem, odbyło się ostateczne zakończenie festiwalu – palenie wszystkich
figurek. Nawet tych kilkunastometrowych! Co za widok! Rzeźby ledwo upchane
między domami, a tu gość leje benzynę i je zapala...i z figurki nagle robi się
jeden wielki pożar..Tłumy przyglądające się temu, telewizja ulokowana na
wyciągu jakimś.. My tak zwany szczenozwis. I tak do rana. Kiedy udało nam się
obudzić w południe, a w zasadzie popołudniu dnia następnego, musieliśmy kierować
się pomału w stronę Girony i lotniska, ale wpierw chcieliśmy jeszcze zobaczyć
Barcelonę. Plan był taki : Grześ, Ania i Marta jadą pociągiem do Barcelony, a
my z Michałem próbujemy złapać stopa. Tak żeby było więcej wrażeń. Dobra, plan
jest, teraz czas na działanie. Dzięki pomocy Juanjo zostaliśmy wywiezieni na
autostradę łączącą Walencję z Barceloną i stanęliśmy przed samym jej wjazdem. Wysiadamy,
żegnamy się z naszym hiszpańskim przyjacielem. Odjeżdża. Cisza. Głusza. Wokoło
tylko góry, pola i plantacje pomarańczy gdzieś w oddali. Samochód jeden na
dziesięć minut. Nic. Trzeba działać mimo wszystko. Napisaliśmy na tekturowej
tabliczce BARCELONA i oczywiście na mnie padło – mam złapać stopa. Michał
zadowolony usiadł, zaczął jeść i w końcu coś pożytecznego – robić zdjęcia. Pierwszy
samochód – jakieś dziadki, kiwają, że nie do Barcelony. Potem kolejne –
zapełnione. Następne – pomoc drogowa. I tak dwie godziny. W końcu zatrzymał się
jakis samochód! Jest, co za radość.. Pierwsze pytanie : a czy Ty sama czy z nim?
 Yyy no tak, ja z nim. Aha, to sory, a
tak w zasadzie to my nie do Barcelony...Hmm.. Po tej akcji, poddałam się. Wtedy
Michał wziął się na chwilę do roboty, potem znów ja. I nic. Pustka coraz
większa. No tak – siesta. Decyzja – co robimy? Grześ pisze, że oni już w
Barcelonie..a my? Tak, my gdzieś na głuchej autostradzie między Algemesi a
Walencją..Czas wracać do Juanjo na nocleg i rannym pociągiem dołączyć do
naszych znajomych. W pieszej drodze powrotnej natrafiliśmy na plantację
pomarańczy i zerwaliśmy kilka. Pyszne! Słodkie, soczyst e i wielkie. Wczesnym
rankiem pojechaliśmy do Barcelony. Piękne widoki Costa Daurada i Costa Brava
zza szyby pociągu nie dały mi spać. Kiedy dotarliśmy, zostawiliśmy bagaże w
hotelu i poszliśmy zwiedzać. Choć wiadomo, Barcelona w jeden dzień to niemały
wyczyn. Pierwszy cel – Sagrada Familia, wiadomo. Wstęp :  5 euro. Trudno, trzeba będzie odmówić sobie
kolacji. I śniadania. I obiadu. Damy radę. Z zewnątrz dzieło Gaudiego
powalające..W środku – w ciągłej rozbudowie. Dopiero tam  przeczytałam, że Gaudi w swoim projekcie wzorował
się na kształtach roślin i zwierzątek morskich. Niesamowite. Następnie
postanowiliśmy pójść jego śladami – domy w centrum Barcelony wybudowane według podobnych
projektów, z pięknymi balkonami i rysunkami na ścianach. Następny cel to
Uniwersytet w Barcelonie, a potem molo. Molo, tam właśnie spędziliśmy połowę
nocy, siedząc wpierw na ławeczce, robiąc głupie zdjęcia, potem przenosząc się
pod supermarket, następnie dworzec, a na koniec spokojny, ciepły nocleg na
lotnisku w Gironie..Nie zapomnę momentu, kiedy budząc się w śpiworze na
lotnisku do moich oczu zawitało jaskrawe słoneczko, dając mi znak, że czas
wstać. Ale jak zawsze – jeszcze pięć minut. Jeszcze dwie. Jeszcze troszkę..Aż w
końcu obudził nas jakiś pan. W mundurze. Zmuszeni byliśmy się zebrać i
przenieść na ławeczkę. Wyprawa dobiegała końca niestety...za godzinę odprawa.
Poupychaliśmy rzeczy w plecaki i wsiedliśmy w samolot. Po drodze jeszcze urzekające
widoki przez szybkę, Francja i Alpy plus piękna widoczność. I oto jesteśmy. Na
lotnisku we Wrocławiu. Ja – spełniona. Może z jednym małym smutkiem. Ale czym
on jest w porównaniu do smutków, jakie codziennie ponoszą ludzie  w krajach afrykańskich czy inni, chorzy..Albo
bezdomni. Porzuceni. Opuszczeni. Ślepi. Głusi. Myślę, że poznałam Hiszpanię
przynajmniej w dwudziestu procentach. I na pewno będzie mi brakować wielu
rzeczy, do których zdążyłam przywyknąć w ciągu tych dwóch tygodni..Odgłosu
gadających ludzi w metrze, palm, bryzy znad morza, pomarańczy, koloru słońca w
Granadzie, ludzi, których poznałam, hiszpańskiego wina za 2 euro, flamenco oraz
nocnych przechadzek pociągami. I tego niewyspania. I hiszpańskiej policji,
która uświadamiała nam, że na dworcach spać nie wolno. Zapachu powietrza. I  moich myśli. Jeszcze tam wrócę. Na pewno.




Link 26.03.2008 :: 01:52 Komentuj (3)

Archiwum

2019
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień

Główna(71)
Extreeme(37)
Wedding(14)

MOJA DRUGA GALERIA !!!!!!!!!!!!!!!
tommy rakoczy
nuestro-mundo
psiokrew
baz.fotolog.pl
super gazeta 43ride
dh-zone
mayday

gg 4075047

Wszystkie prawa autorskie zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.